Najnowsze wpisy


lis 10 2018 Czy jest przez Ciebie kochaną naprawdę?
Komentarze (0)

 

To już jutro, 11 listopada AD 2018, setna rocznica, nasze narodowe Święto Niepodległości. Dawno temu, po pierwszym rozbiorze Polski, Ignacy Krasicki napisał „Hymn do miłości Ojczyzny”:

Święta miłości kochanej ojczyzny,

 

Czują cię tylko umysły poczciwe!

 

Dla ciebie zjadłe smakują trucizny,

 

Dla ciebie więzy, pęta niezelżywe.

 

Kształcisz kalectwo przez chwalebne blizny,

 

Gnieździsz w umyśle rozkoszy prawdziwe,

 

Byle cię można wspomóc, byle wspierać,

Nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać.

 

Poeta nakazuje kochać i czcić „ziemię naszych ojców”, być gotowym do bezgranicznych poświęceń. Ofiara złożona Ojczyźnie, blizna poniesiona dla zachowania wolności przynosi chlubę. Życie jednostki powinno być podporządkowane tylko Ojczyźnie, winno się Ją nieustannie strzec. To patriotyczna liryka doby niewoli. Według mnie, treść do dzisiaj jest aktualną, to jakby definicja patriotyzmu. Znamy z historii te 123 lata naszej niewoli. Państwo nie istniało, lecz naród nie dał się zniszczyć. Przetrwał dzięki pamięci o swej przeszłości, tradycji i kulturze. Były zrywy niepodległościowe, wreszcie gdy wybuchła I wojna światowa, ożywiły się nadzieje Polaków. Zaborcy znaleźli się we wrogich obozach, to dawało szansę na odzyskanie niepodległości, szansę właściwie wykorzystaliśmy. W dniu 11 listopada 1918 roku cały naród ogarnęła radość, poczuliśmy się wolni, staliśmy się krajem niepodległym. Polskę czekało jeszcze wiele ciężkich prób: wojna z bolszewikami, II wojna światowa, po wojnie zniewolenie. Potem były jeszcze ofiary strajków robotniczych i stanu wojennego. Prawie pełną wolność odzyskaliśmy dopiero w 1989 roku. Obecne czasy to próby tworzenia demokracji, dążenie do integracji z Europą, współdziałanie w walce z terroryzmem. Do tego mamy niepokojącą sytuację wewnętrzną, to boli. Oby apele o wspólne świętowanie jutrzejszego dnia, 100-ej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości znalazły właściwe zrozumienie. To wyjątkowy dzień, nam jest dane go przeżyć. Świętujmy wszyscy ponad podziałami, tak jak potrafimy, oddajmy NAJJAŚNIEJSZEJ należną cześć i szacunek, także Jej bohaterom, którzy za Nią oddali życie. „JESZCZE POLSKA NIE ZGINĘŁA”.

 

lis 03 2018 Wolisz "mieć", czy wolisz "być"...
Komentarze (4)

 

Klasyczne pytanie: „mieć” czy „być”. "Mieć", to gromadzenie dóbr, „być” to ochrona swojego wizerunku, choćby po to by dobrze wypadać w oczach innych. To też jest pytanie kim tak naprawdę jesteśmy. Moim skromnym zdaniem, odpowiedź nie jest taka prosta. Oczywiście dobrze jest mieć, i jednocześnie być, to trudne, ale możliwe. Można godziwie powiększać swoje zasoby, nie krzywdząc drugich. Mieć czy być i czy jedno drugie wyklucza? Oczywiście nie, ale rodzi się pytanie: czy dla ochrony swojego dobrego imienia, czytaj, „być”, ten ktoś byłby gotów poświęcić znaczącą część swojego „mieć”? Dzisiaj uczciwie bardzo długo dochodzi się do tego by coś mieć. Gdy się okaże, że już się ma prestiż, środki na realizację swojego „ja”, często bywa tak, że gdzieś po drodze się je zgubiło, to własne ja. Można na poczekaniu zrezygnować z wielu posiadanych rzeczy i być wolnym człowiekiem. Tylko, że za bardzo nie można się cieszyć wolnością bez dóbr materialnych, jeśli już raz się tego zakosztowało. Mówią, żeby być trzeba najpierw mieć, a więc najpierw zaspokajamy pierwotne potrzeby, a potem kolejne. Niestety, u nas się przyjęło, że osoby bogate to zabiegani cwaniacy, dorabiający się majątku, często niekoniecznie uczciwie. Co innego u innych, choćby na zachodzie, tam bogaci ludzie w większości swoje majątki odziedziczyli, tacy mogą się poświęcić temu co lubią, pasjom, podróżom itp. Prawdą jest, że dobra materialne dają wolność, wolność wyboru. Bez pieniędzy jakoś trudno żyć. Coś w tym jest, za tym „mieć”, gonimy jak opętani, wierząc że w tym znajdziemy szczęście. Natomiast żyjąc by „być”, też można znaleźć się w trudnej sytuacji, można się zaplątać. Myślę, że potrzebna tu roztropność. Co ze mną? Mnie pozostało nieudolne gdybanie, które tu uprawiam. Myślę, że ani do jednej, ani drugiej kategorii zaliczyć mnie nie można. Nic u mnie z majętności, ani ze znaczącej osobowości, ot taki osobnik na dostateczny.

 

paź 28 2018 Szukaj pracy jak chleba.
Komentarze (2)

 

„Kto chce nieba, cierpieć trzeba, a kto chce chleba, pracować trzeba”.

Gdy stanę kiedyś po drugiej stronie, pewno będę miał nowe obowiązki, obojętnie gdzie to będzie. Pewnie czekać mnie będzie nadal jakaś praca, u Św. Piotra, w czyśćcu, u szatana, tam gdzie teoretycznie każdy z nas znaleźć się przecież może. Przyznam się, optymistą co do miejsca nie jestem. No, to teraz tu na ziemi, w tej ostatniej fazie życia lubię sobie powspominać, porozważać, pomarzyć sobie. Z tym powiedzeniem, które wziąłem dziś do mojego gdybania, generalnie się zgadzam, ale nie do końca. Odnoszę to do mojego żywota. No, bo żyjesz po Bożemu, zgodnie z Dekalogiem, modlisz się, dobrze czynisz bliźnim, masz więc realną szansę dostać się do nieba, a cierpienia przecież nie doznajesz. Poczciwego życia, dobrej pracy nie nazwiemy cierpieniem. I drugie. Chciałem chleba, więc poczciwie pracowałem, ale znam takich, którzy „obok pracy leżą”, a żyje się im wykwintnie. Wszyscy takich znamy, nic prawie nie robią, a żyją jak na królewskim dworze. Jedni są leniwi i umieją kombinować, inni wykorzystują okazje by się obłowić. Ty bracie żyjesz i pracujesz godziwie, a efekty mierniejsze niż tamtych. Oby nikt nie pomyślał, że takie postępowanie promuję. Wszyscy wiedzą do czego zmierzam. Chcę powiedzieć, że w dzisiejszych czasach często z ludowymi porzekadłami przychodzi mi polemizować. Wszystkie żywe istoty, i nie tylko, potrafią się do nowych warunków szybko przystosować, postępują po swojemu. Można tą myśl odwrócić: „Jak praca dla chleba, tak modlitwa dla nieba”, ale mowa o pracy prawej, uczciwej. By żyć, w obecnych czasach praca jest koniecznością, nawet cierpimy gdy jej brak. Niedołężna praca bywa lepsza niż doskonałe próżniactwo. Lekarze mówią, że praca uodparnia na ból, ona daje okazję odkryć nam nas samych, pokazać jakimi naprawdę jesteśmy, a nie tylko jak wyglądamy. Powinniśmy wiedzieć, że praca nikogo nie zabija, zaś gnuśność poniewiera ludzi. Z tymi moimi wywodami możecie się zgodzić, lub nie. Żaden to wykład, tylko moje spojrzenie na problem, spojrzenie zwykłego śmiertelnika, któremu zachciewa się czasami coś napisać. A co z modlitwą, niebem? Człowiek jest istotą wolną, decyduje sama o sobie. Dopowiedzcie sobie sami, ja już wybrałem, odpowiadam za siebie. Powiem tylko, że staram się, ale daleko mi do przyzwoitości, o doskonałości nawet nie marzę. Tak sobie pogdybałem, to tylko kilka zdań, życie niesie zaś tyle wątków związanych z pracą, z cierpieniem, z modlitwą. Jedno mnie zastanawia, czemu to jedni wolą „mieć”, niż „być”, ale o tym innym razem.

paź 23 2018 Wszystko przemija
Komentarze (6)

Od urodzenia po dzień ostatni naszego życia, mój, także Twój, nasz byt, to przemijanie, nieodłączna cecha naszego bytowania. Oby do tego ostatniego dnia jeszcze sporo wody Wisłą do morza spłynęło. Czas przemija, nasze życie przemija, coś się zaczyna, inne się kończy. Skończyło się nasze dzieciństwo, do którego już nie ma powrotu. Powspominać tylko możemy. Spędziłem je na wsi skąd pochodzę, obcując w rodzinie z tym wszystkim, co w gospodarstwie żywe, i nie tylko, niewiele więcej na zewnątrz w tym czasie widziałem. Pozostało w pamięci wiejskie urokliwe, choć biedne, bez wygód życie, proste, smaczne jedzenie, ubogie zabawy. Pasterką trudniliśmy się, trzeba było rodzicom pomagać. Szkoła wychowywała diametralnie inaczej niż dzisiaj. Słabe wyposażenie, poziom inny, inne stosunki na linii nauczyciel-uczeń, ale i tak „coś z nas wyrosło”. Był rygor, ale i szacunek dla nauczyciela. Szkole i rodzicom zawdzięczam wychowanie w duchu miłości do drugich, do Ojczyzny. Dbano o religijne wychowanie, był czas, że uczono religii nie w szkołach, lecz w domach prywatnych. Wszystko to wyrażano prostymi słowami, z dobrym skutkiem. Sąsiedzkie spotkania w domach, to piękne lekcje patriotyzmu. Potem podobnie w szkołach ponadpodstawowych, było już nieco lepiej, wyższy poziom, w moim przypadku dostatniejsze w internacie życie. Inna już, wyższa świadomość, poznawało się świat, życie widziało się głębiej, szerzej. Potem dalsza nauka, praca, sposobienie się do samodzielnego życia, do założenia rodziny. Także służba wojskowa, akurat dzisiaj mija właśnie 50 lat, gdy z kolegą przekroczyliśmy bramę jednostki. Przemijają lata życia, czynią człowieka bardziej doświadczonym, ale i bardziej zgorzkniałym. Usłyszałem o sobie: wiek twój to wiek słuszny, bowiem już „kosa” na przodzie. Kończy się kiedyś ostatecznie życie, a z nim odchodzi cały świat. Także przemijają rzeczy otaczające nas na co dzień. Z trudem przychodzi godzenie się na przemijanie, zapomnienie. Od najdawniejszych czasów człowiek starał się coś po sobie pozostawić materialnego, duchowego, choćby dobre wspomnienie. W przyrodzie po zimie następuje wiosna, po siedmiu latach chudych przychodzą lata tłuste, takie nasze życie, nadzieje i smutki. Gdyby tych zmian nie było, życie byłoby nudnym. „Śpieszmy się kochać ludzi”, pisze ks. Jan Twardowski, jak prędko mija to co ważne, czyli nasze życie i nikt nie wie ile będzie trwało, dlatego powinniśmy przeżyć je świadomie. „Nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna zabiera nam wrażliwość, tak jak każde szczęście”. Powinniśmy uczyć się wszelakiej miłości i cały czas kochać, tak jakby była ostatnią. W Biblii motyw przemijania pojawia się w stwierdzeniu Boga, który, po popełnieniu przez Adama i Ewę grzechu pierworodnego, mówi o ludzkiej egzystencji ”prochem jesteś i w proch się obrócisz”, podkreślając, jak kruche i ulotne jest ludzkie życie. Myślę, że powinniśmy korzystać z życia i cieszyć się każdą chwilą bo „czas ucieka, wieczność czeka” i nikt nie jest w stanie go zatrzymać. W jaki sposób? Każdy po swojemu. Ja na pewno „po Bożemu”, starając się dochować w swym życiu takich wartości i cnót jak: prawda, pokora, honor, wiara, szacunek, patriotyzm itd. Oj, książki by można na ten temat pisać, wystarczy, łezki płyną niestety.

paź 19 2018 Dni refleksji i zadumy.
Komentarze (4)

Mija kolejny rok, zbliża się okres Wszystkich Świętych, dni refleksji i zadumy. Kościół katolicki uroczyście wspomina 1 listopada znanych i anonimowych, dawnych i współczesnych świętych. Następnego dnia, 2 listopada wspominamy wszystkich wiernych zmarłych. To dzień modlitwy za tych, którzy w czyśćcu przygotowują się do chwały nieba. Dzień 1 listopada przypomina prawdę o powszechnym powołaniu do świętości. Uroczystość Wszystkich Świętych zdecydowanie różni się od Dnia Zadusznego 2 listopada. Tyle tytułem wstępu, przypomnienia. Odeszli nasi bliscy, znajomi, winniśmy im pamięć, wspomnienie, modlitwę, kwiaty, lampkę na grobie. Groby naszych bliskich, także te bezimienne rozsiane są po całym kraju, po całym świecie. Oczywiście większość z nas pamięta o zmarłych przez cały rok. Ci sprzed kilku pokoleń bywają już zapomniani. Gdy przychodzi okres tych Świąt, ciągniemy „do swoich”, sprzątamy, uczestniczymy w nabożeństwach, rozmyślamy nad naszymi grobami. Spotykamy bliskich, znajomych, powracamy pamięcią do tego co za nami. Niektórzy mają świeże blizny, bo ktoś niedawno od nas odszedł. Często mamy bliskich na kilku cmentarzach, przemieszczamy się by odwiedzić kolejnych bliskich. Mam i ja bliskich u siebie, ale i w oddali. Postępuję w różny sposób, w miarę aktualnych możliwości. Stoję nad grobami, rozmyślam, łezkę często uronię. Nachodzą też takie myśli, że niedługo będzie też tak ze mną, z moimi bliskimi, którzy jeszcze dzisiaj są z nami. Pamiętamy o tych, którzy oddali życie za Ojczyznę, o tych bliskich, których groby nie wiadomo gdzie są, i czy w ogóle są. Ostatnio spotykam się tu i ówdzie z sugestiami, by nie rozmyślać, rozpamiętywać, użalać itp., lecz brać życie jakie niesie nam los, cieszyć się każdym dniem, z uśmiechem na ustach. Dużo w tym racji, umartwianie, gdybanie raczej pogarsza nasz stan duchowy. Niestety, ja to takich należę, może nie jestem aż taki smutas, ale żaden ze mnie optymista. Jednak w te listopadowe dni wypada być nad grobami bliskich nam osób, poważniejszym, skupionym. Tak się zachowuję, myśli moje kieruję wstecz, do lat minionych. To nie wyuczone, to takie na tą chwilę moje wnętrze. Oczywiście najczęściej przed oczami stają rodzice, brat, inni bardzo przeze mnie lubiani krewni. Z upływem lat u mnie się to wzmaga, coraz więcej myślę. Nawet czasami stawiam sobie pytanie, czy jak odejdę, to czy ktoś nad moją mogiłą kiedyś się zatrzyma, powróci myślami do tego co nas łączyło, jak teraz z perspektywy widzi nasze za życia relacje. Nieuczesane te moje myśli, ale tak to ja czuję, przeżywam. Wszystkim, którzy są już po drugiej stronie: „Wieczny odpoczynek racz im dać Panie. Niech spoczywają w pokoju”, żyjącym zaś, życzę długich lat w zdrowiu.

 

paź 10 2018 O cnocie pokory.
Komentarze (2)

Cnoto pokory, kto ty zaś?

Wszystko to takie dzisiaj niemodne, zapomniane. W dzisiejszym zwariowanym, niepokornym świecie mało kto używa tego słowa. Częściej mówimy o fałszywej pokorze. Udają pokornych, w rzeczywistości bywa inaczej. Popatrzcie, już tylko dni dzielą nas od pierwszej tury wyborów samorządowych. Wielu przedstawia swoje programy, chwali się co zrobi, gdy tylko zostanie wybrany. Czy zawsze będzie to możliwe? Wybrani w wyborach mają ściśle określone prawa i obowiązki, uzależnieni są od decyzji innych, od ilości pozyskanych środków itd. Myślę, że mają tą świadomość. Oczywiście mają wpływ na rządzenie, ale czy w takim wymiarze, o którym tak pięknie mówią przed wyborami? Jest jeszcze przyzwoicie, gdy wybierani mają wiedzę, są przygotowani by powierzonej funkcji podołać. Oczekiwałbym pokory w tych deklaracjach. No, ale to ich wybór, prą do przodu, byle tylko im wyszło. To nic nowego, od dawien dawna tak było, jest i pewnie będzie. Zapominanie o pokorze nie jest domeną tylko polityki, kampanii wyborczych, obecne jest w naszym codziennym życiu. Widzimy to często wokół siebie. Naobiecywał, a teraz niby taki operatywny, rzutki, dobry organizacyjnie, a po czasie okazuje się, że przedobrzył, przeważnie świadomie. Rozpędzony, nie baczył czy to zgodne z prawem, zasadne ekonomicznie. Zwróć takiemu uwagę, to będziesz miał wroga. Zawali sprawę, firma plajtuje, a on nic sobie nie ma do zarzucenia.

Na szczęście wielu postępuje inaczej. Są cisi, żyją bez rozgłosu, czyli w pokorze. Nie umniejsza to ich osobowości, to piękna wartość w życiu. Jest to prawda o samym sobie, to wewnętrzny spokój. Tej cichości, inaczej łagodności nie usłyszysz uchem, to domena duszy. Pokorny człowiek odnajdzie siebie. Wierzącym z tym bywa lżej, w Bogu pokładają nadzieję, dziękują za dobre i za to co się nie udało, za przykrości i upokorzenia. Pokora pozwala akceptować życie takim jakim jest, także ludzi, których napotykamy w swym życiu. Jak to jest u mnie? Mam świadomość, że pokora to jedna z najpiękniejszych pozytywnych cech człowieka. Cenię tą cnotę bardzo. Staram się być konsekwentny w myśleniu i postępowaniu, ale jak to wygląda, ocena do Was należy. Wiem, że mam jeszcze dużo do zrobienia w tej materii.

 

paź 03 2018 Z wiekiem dojrzewamy … w radości, w cierpieniu....
Komentarze (2)

Pewien jestem, że z wiekiem jeszcze dojrzewamy, dalej jakby studiujemy na tej Sorbonie życia, doskonalimy się. Myślę o sferze duchowej, bo fizycznie to raczej prawie wszyscy mamy dobrze z górki, jakbyśmy zjeżdżali z Kasprowego w dół. Bez przerwy coś nowego nam dolega, sprawy nie idą po naszej myśli, marzenia pryskają. Bywa, że z tego powodu cierpimy. Owszem są tacy, którzy są radośni, tryskają zdrowiem. Wystarczy, że coś się wydarzyło nie po naszej myśli w naszym życiu, w rodzinie, straciliśmy kogoś bliskiego, zdarzył się wypadek, czy inne nieszczęście. Trudno z tym się pogodzić, często krzyżuje to nasze zamiary, nasze oczekiwania. Bywa, że pewne rzeczy odeszły bezpowrotnie. Różnie reagujemy na takie sytuacje. Kiedyś w młodości, pełni sił i możliwości reagowaliśmy szybko, z różnym skutkiem, działaliśmy jak to mówią: „na wariackich papierach”. Dziś jako dojrzali podchodzimy do sprawy spokojniej, z rozwagą. Też z pewną niewiadomą, lecz z nadzieją, że nasze postępowanie będzie bardziej trafne. Bogatsi o doświadczenia, z wiekiem dojrzewamy, życiowa Sorbona przynosi efekty. Gdy cierpimy z jakiegokolwiek powodu nabieramy określonego doświadczenia. Cierpienie nie jest nieszczęściem, to próba wytrwania w tych trudnych chwilach. Raz się buntujemy, pytając dlaczego, innym razem rezygnujemy, poddajemy się, godzimy się z losem. Bywamy cierpliwi, ale też niepokorni. Często nie rozumiemy istoty tego cierpienia, ale skoro tak ma być to godnie to znosimy. Upokorzenie, cierpienie czy samotność, nie niszczy nas jak mówią niektórzy, lecz nas ubogaca. Przez ten ból, cierpienie stajemy się dojrzalsi, mądrzejsi. A czy w radości podobnie? Nie mam tu zbytnio własnego doświadczenia. Czy ja w swoim życiu doświadczyłem cierpienia? Wiele razy, pewnie Wy także. Jak dotąd szczęśliwie przez to przechodziłem, choć nie bez uszczerbku na zdrowiu, na stronie materialnej także. O moim zdrowiu często biadoliłem, ku lepszemu nie idzie, toć już kosa z przodu. Przyjaciele przypominają mi kiedy to ja przyszedłem na świat. Co ze zdrowiem psychicznym? Dzisiaj w miarę, ale co dalej? Jak zareaguję w chwili gdy będę miał świadomość, że to koniec nadchodzi? Wydaje się dzisiaj, że podołam, ale czy na pewno? Bądźcie zdrowi na ciele i duchu, tego Wam z całego serca życzę.

wrz 30 2018 Posłuchałem, warto było.
Komentarze (2)

Jak wiecie, Barany są oporne, ponoć udane, chodzą swoimi ścieżkami. O sobie mówię, że czasami bywam reformowalny, kogoś posłucham, przyznam rację, akceptuję gdy już nie mam innego wyjścia, innym razem niestety nie. Trudny to charakter, uciążliwy dla otoczenia. O czym tym razem? Otóż, od pewnego czasu postanowiliśmy z kolegami częściej się spotykać. Chodzi o naszą klasę V TEl, z Technikum. To już 51 lat po maturze. Spotykaliśmy się już wiele razy, ostatnie trzy lata dwukrotnie w roku. Tym razem padło na Piwniczną. Na ostatnim spotkaniu w Krynicy w maju, nie mogłem uczestniczyć, byłem świeżo po ortopedycznym zabiegu. Teraz też nie jestem jeszcze w pełni sił, ale posłuchałem kolegów, przystałem na ich naleganie i pojechałem. Pomyślałem sobie, może przecież być ze mną jeszcze gorzej, i co wtedy? Z klasy maturalnej odeszło już na drugą stronę dziewięciu. Dobrze zrobiłem, dałem radę. Bywało, że któryś z kolegów służył mi ramieniem, niektórzy żartobliwie mnie popychali. Ja zaś udawałem twardziela, pomimo bólu „darłem” do przodu. To nie zoperowane kolano było problemem, tylko pan kręgosłup stroił fochy, zresztą nie od dziś. Chodzi o łażenie pod górę, po równym to jeszcze jakoś szło. Zwiedzaliśmy rejon Piwnicznej, Starego Sącza, byliśmy na platformie widokowej. Fantastyczne doznania, stare zabytki, panorama całego terenu z tarasu pozostaną w pamięci. Dawno temu bywałem w tamtych stronach, dzisiaj jest o wiele ciekawiej. I te kochane „nase górecki”. Jeden dzień poświęciliśmy zwiedzaniu ciekawych miejsc w rejonie Smokowca, Szczyrbskiego Jeziora, Popradu na Słowacji. Zaliczyłem kolejkę szynową na Hrebienok, po naszemu „Smokowieckie Siodełko”-1285 m npm, zobaczyłem Szczyrbskie Jezioro- poziom lustra wody-1346 m npm. „Spozirołem na te górecki, podziwiołem, pikne so”. Dowieźli nas ile można, reszta na swoich „kulasach”. Powiem szczerze, nie było łatwo. Nade wszystko, najfajniejsze były dla mnie długie rozmowy przy kolacji, wspomnienia, z łezką wspomnienia. Mieliśmy uroczystą kolację w „Ski chacie na końcu świata” w Suchej Dolinie, super grillowanie pod dachem, pyszności nam zaserwowano. Tam bowiem pomieszkiwaliśmy obok tej chaty w przyjemnym hotelu, z bardzo miłą obsługą. Karmiono nas wykwintnie, musiałem nieco hamować. Wszystko to zorganizował nam nasz kolega klasowy, Sądeczanin Andrzej. Mamy pełną dokumentację zdjęciową, filmiki, będzie co zimą oglądać. Wielu „pstrykało”, ale podstawowe pochodzą od „nadwornego fotografa klasy, kolegi arcymistrza Romana”. Kilka fotek znalazło się na Facebooku. Aż przyszedł czas rozstania, rozjechaliśmy się do swoich domów, ale jeśli Bóg pozwoli, to w maju przyszłego roku spotkamy się znowu, prawdopodobnie w Szczawnicy.

 

wrz 20 2018 Jak u Ciebie z apetytem?
Komentarze (1)

Na co masz ochotę? Gdy sięgam pamięcią wstecz, to od dziecka, do chwili obecnej nie miałem większych problemów z apetytem. Od razu na wstępie zaznaczę, że odżywianie wyglądało u mnie różnie, od prostego, prawie postnego do w miarę przyzwoitego obecnie. Na wsi jadało się na okrągło to samo, bywały też swoiste przysmaki, dziś raczej trudne do zaakceptowania. No bo kto wie co to takiego „parowane” ze śmietaną i cynamonem, czy też „pocukrowane bliny”. Zajadałem się chrustami, „Kubową” kiełbaską, czy też wędzoną polędwiczką. Nade wszystko królowały ziemniaki z barszczem, zalewajka, ziemniaczanka, rzadziej kluski czy też kasza ze śliwkami, podpłomyki czy wyrwasy. Ciekawe jak odniosłaby się do tego dzisiejsza młodzież. Opowiadała mi moja znajoma, że Jej niektóre dzieci nieco grymasiły, mając swoje upodobania. Dom, który prowadzą do wielce majętnych nie należy. Uczą się, studiują i super sobie radzą! Jak to możliwe? Myślę, że tylko dlatego, że Im się chce, potrafią z podstawowych produktów „czynić cuda”. Nauczyła Ich mama, a teraz to Ona od Nich pobiera nauki. Tak bywa z wieloma innymi upodobaniami w życiu, często wystarczy chcieć, by było inaczej, smaczniej, lepiej. Do wyśmienitych zaliczam żywienie w internacie, to było coś wspaniałego. W wieku 13 lat przestawiłem się z wiejskiego, domowego jedzenia za to zbiorowe, inne, ciekawe, smaczne.

Apetyt z wiekiem się zmienia. U dzieci rządzi się nieco innymi prawami, przyczyny braku apetytu, na przykład to błędy żywieniowe polegające na wmuszaniu jedzenia maluchom przez rodziców, podjadanie przez dzieci słodyczy i innych przekąsek, alergie pokarmowe. U dorosłych zahamowanie apetytu może być spowodowane występowaniem chorób układu pokarmowego, infekcjami wirusowymi czy bakteryjnymi, stresem, depresją, anoreksją. Nawet katar osłabia apetyt.

 

Starzenie zaś zupełnie zmienia zasady, na jakich funkcjonuje nasz organizm, metabolizm jest wyraźnie wolniejszy. Aktywność fizyczna jest na mniejszym poziomie, nie trzeba spożywać aż tylu wysokokalorycznych posiłków, coraz bardziej mnie „ciągnie” do serków, sałatek, warzyw, owoców. Wędliny owszem, ale delikatniejsze. Pojawiają się problemy z zaparciami, wzdęciami, zgagą, odbijaniem się, pojawiają się zaburzenia węchu, a i zmysł smaku już nie ten. Wszystko to powoduje, że starość ściąga na nas brak apetytu, jestem już mniej zainteresowany jedzeniem. Wiecie, że wiśnie poprawiają apetyt i są dobre na bezsenność? Z ciekawości, czytam o takich nowinkach. Na szczęście jeszcze potrafi mój organizm ocenić na co ma ochotę. Jak będzie dalej zobaczymy, o ile będzie jeszcze „dalej”. Niektóre przyzwyczajenia, smaki z dawnych czasów odzywają się i dzisiaj. Korzystam czasami z barów, proszę nieraz o żurek z jajkiem i kiełbasą, ale nie z chlebem, lecz z okraszonymi ziemniakami. Jak u mamuni, pychota ! Mam tylko jeden problem z moim apetytem, byłem i jestem „misiowaty”. Trudne do wykorzenienia! Smacznego!

 

 

 

wrz 16 2018 Powoli do mnie dociera.
Komentarze (4)

Powoli do mnie dociera. Bywam czasami na różnych imprezach plenerowych, różnych festynach, dożynkach. Czytam i oglądam relacje z tego typu wydarzeń. Patrzę na moich rówieśników, widzę, że nasz już słuszny wiek widać po twarzach. Siedzą sobie spokojnie, obserwują. Co wtedy się dzieje w ich umysłach, tego nie wiem. Zauważam, że ja zachowuję się podobnie, i ja się także zewnętrznie zmieniłem. Jeszcze parę lat wstecz było to nie do pomyślenia. Każdy był aktywny, w nieustannym ruchu, a teraz? Co to się porobiło? Przecież to nie tylko z uwagi na wiek mniejsze są nasze możliwości fizyczne, ale coś się dzieje z naszymi umysłami, z naszą psychiką. Myślę, że poprawnym będzie stwierdzenie z mojej strony, że to już inna kategoria wiekowa i dlatego. Owszem bywają wyjątki, są tacy, którzy nieźle jeszcze wywijają w tańcu, inni z trunkami dobrze sobie radzą. Uprawnione pewnie jest stwierdzenie, że większość jest inna niż była przed kilku laty. Ciągnie człowieka "do domu", bywa grzeczniejszym niż w dziecinnych latach. Podadzą na festynie kawę, ciastko, więc siedzą sobie nieboraki cichutko, obserwują, patrzą tylko, kiedy by tu do domu. Czy to początek depresji? Nie, w moim przypadku przychodzi świadomość, że to taka kolej rzeczy, że tylko pozostaję nam rola obserwatorów. I tym się cieszyć trzeba, dobre i to. Nadchodzi czas kapci, seriali przed telewizorem, krótkich spacerków. Mam się do tego dostosować? Tak starowino, przyszedł na to czas i musisz to wszystko zrozumieć!

wrz 14 2018 Na początek.
Komentarze (2)

Witam serdecznie wszystkich, którzy tu do mnie trafią. Dzielił się będe spostrzeżeniami z tego co mnie otacza. Traktuję blog jako rodzaj zabawy, pokazanej jednak poważnie i odpowiedzialnie. Dane jest mi już trochę chodzić po tym świecie, trochę już widziałem i przeżyłem. Interesuję się wieloma dziedzinami życia, w żadnej jednak autorytetem to ja nie jestem. Przymioty takie jak: honor, prawda, pokora, szacunek do drugiej osoby, wiara, patriotyzm są dla mnie nadrzędne. O życiu będzie tu u mnie mowa. Zapraszam do siebie, może ktoś pierwszy mnie odnajdzie. Pozdrawiam.

48-andrea_1    Trema